Pamiętnik Ginger Jones: Jak zostałam trochę freelancerem

 

“Święta” zaczęły się dla mnie już 18 grudnia, dokładnie w chwili kiedy wsiadłam po pracy do BlaBlaCara. Wiecie, całą drogę słuchaliśmy radia, a tam mniej więcej co godzinę grali “Driving Home for Christmas”. Co prawda pogoda była mało zimowa, bo zamiast miękko opadającego na otulone ciepłymi rękawicami dłonie, puszystego śniegu, zwyczajnie zacinał marznący i wpadający zdradziecko za kołnierz deszcz. Niemniej jednak, to było moje własne, osobiste “Wracam do domu na Święta” i nie zamierzałam pozwolić sobie tego odebrać.

Mimo, iż w założeniu, miałam pracować. Zdalnie.

road-692052_1920

Miałam plan!

Plan był prosty i wręcz idyllicznie doskonały. Założyłam sobie, że ten mój “pół-urlop” będzie swoistym okresem próbnym, a także sprawdzianem dla tej części mnie, która mniej lub bardziej skrycie marzy o pracy freelancera.

W mojej głowie, wszystko wyglądało wprost wspaniale. Wstawałam wcześnie rano (czyli o 7:00), żeby w ciszy i spokoju, jaka otaczać człowieka może tylko we własnym domu, rozpocząć dzień gorącym prysznicem, pożywnym śniadaniem i kubkiem świeżo zaparzonej kawy albo herbaty. I żeby o 8, w pełni gotowa, a do tego zrelaksowana i wypoczęta jak nigdy, zasiąść przed komputerem.

home-office-336378_1920

Zamykałam się w tak zwanym “trzecim pokoju”, który kiedyś miał pełnić rolę mojego gabinetu i bezproblemowo pracowałam 8 godzin. A pracując w domu, do tego pozbawiona wszelkiego rodzaju rozpraszaczy w rodzaju koleżanek plotkujących przy kawce, byłam dużo bardziej produktywna.

Bo rozumiecie, siedziałm przecież w domu z facetem, który najspokojniej w świecie i cicho jak myszka zabijał kolejnego bossa w Darksidersach. Miałam Internet, kota grzejącego mi nogi I hektolitry herbaty we wszystkich dostępnych wariantach. Zero rozpraszania.

Dopadła mnie rzeczywistość…

Była brutalna, boleśnie głośna, przewiercała mnie na wylot i brzmiała łudząco podobnie do dzwonka mojego służbowego telefonu. Do tego zupełnie nie dawała się namierzyć z zamkniętymi oczyma.

Halooo… – wymamrotałam, kiedy wreszcie udało mi się rozkleić zaspane powieki i nacisnąć odpowiedni guzik w telefonie. – Nie, nie obudziłaś mnie, coś Ty! Jestem na nogach od godziny. Już tłumaczę.

Tak oto runęły marzenia o odpowiednim przygotowaniu do tego pierwszego, najważniejszego przecież, dnia pracy jako trochę-freelancer. Zamiast rozpocząć dzień śniadaniem mistrzów, zjadłam litościwie przyniesione mi przez mojego T. do łóżka ciastka. Zrobił też herbatę, ale ta wystygła zanim skończyłam tłumaczenie i mogłam się wreszcie bezpiecznie napić, nie ryzykując zalania służbowego komputera. Zamiast zasiąść przy biurku, zakopałam się pod kołdrą z laptopem na kolanach.macbook-923866_1920

Nie na długo jednak. Zapewniwszy mi śniadanie, T. zasiadł bowiem do gry. Ani mająca nastrajać do walki muzyka w tle, ani odgłos miecza uderzającego o miecz ani tym bardziej potępieńcze jęki ginących od tego miecza demonów jakoś nie nastrajały mnie pozytywnie i nie pomagały się skupić. Na pewno natomiast zmotywowały do zwleczenia się wreszcie z łóżka i udania się do gabinetu.

Widząc to, Dante Kot Literacki* (który z Dantem Alighieri tak naprawdę wspólnego ma niewiele, oprócz tego może, że jest szaleńcem), przeciągnął się, zeskoczył z parapetu i zamiauczał żałośnie.

Jeść! Żarcie. Teraz.

Jemu jedynemu nie umiem odmówić. W drodze do “trzeciego pokoju”, który w moim mniemaniu urósł teraz do rangi spokojnej przystani, zahaczyłam więc o kuchnię a korzystając z okazji zaparzyłam sobie drugą tego dnia herbatę. Wreszcie znowu usiadłam do pracy, zostawiając drzwi uchylone w nadziei, że kot, chociaż trochę wdzięczny, albo chociaż znudzony, przyjdzie grzać mi stopy.

Bardzo szybko okazało się, że najwygodniejszą pozycją do pracy jest siad turecki i że nie ma nic bardziej odpowiedniego niż miękka wygodna pidżama i niesforny kok na czubku głowy. Ciepło, cicho, wygodnie – idealnie. Kot rzeczywiście wślizgnął się do pokoju i zaczął pogoń za swoim ogonem.

feet-932346_1920

Słychać tylko przyjemne stukanie klawiszy. Od czasu do czasu dzwonią z Kielc albo z Lubina, proszą o szybkie tłumaczenie. Adrenalina, ta dobra, pobudzająca, buzuje w żyłach. Uśmiecham się do siebie, sprawdzając czas jaki zajmuje mi przetłumaczenie stronicowego pisma. Nowy rekord.

Tak, tak mogę pracować.

Freelancer pełną parą.

Businesswoman w pidżamie. I kapciach. Nie zapominajmy o ciepłych kapciach.

Kolejny telefon. Otwieram okienko klienta pocztowego. Maila brak. Sprawdzam połączenie z serwerem. Żółty trójkąt mówi mu, że Outlook ma z czymś problem. Potwierdza to ewidentny brak sygnału wi-fi.

Resetuję kartę sieciową.

Nic.

Odwracam się, by zresetować router, który szczęśliwie znajduje się w moim centrum dowodzenia.

I już wiem. Wiem, że cisza, która zapadła była jednak podejrzana. Że spokój i sielanka były tylko zwodnicze. Bo z kotem jest jak z dzieckiem. Jeśli jest cicho, a nie śpi gdzieś przy Tobie, to wiedz, że coś się dzieje.

InstagramCapture_b999c53e-947e-4bc4-8d1d-98ee16c82f9e
Dante w całej swej „niewinnej” okazałości

Dante na przykład, znalazł sobie nowgo wymyślonego przyjaciela do zabawy. Tym razem przybrał on postać kabla od routera. Teraz nadgryzionego i smętnie zwisającego z kociego pyska.

No, pięknie.

Na szczęście trochę umiem w kable. Zawsze mówię, że kilka lat spędzonych w jednym pokoju z prawdziwym nerdem, geekiem i miłośniczką technologii wszelakich w jednym, zrobiło swoje. Wzdycham, dzwonię, że tłumaczenia nie będzie tak szybko jak bym chciała.

Jeden kryzys na raz. Teraz kabel. W którymś z przeprowadzkowych kartonów znajduję resztki taśmy izolacyjnej. Na szczęście kot nie zdołał kabla przegryźć. Udaje się go zabezpieczyć, chociaż wiem, że to rozwiązanie tymczasowe.

Internet wraca. Robię tłumaczenie, wysyłam, zerkając na zegarek. Kiedy zrobiła się 16?

network-cables-494649_1920

Wraz z tą myślą moją głowę rozsadza dźwięk, który bardzo dobrze znam.

Sąsiad odpala wiertarkę. Przed Świętami przecież wypadałoby skończyć ten remont łazienki. Inaczej nie będzie gdzie zabić tradycyjnego karpika…

Wzdycham ciężko i wyłączam komputer. A to dopiero pierwszy dzień…

*Dante Kot Literacki pozostaje w bliskich relacjach z Witkacym Kameleonem Literackim nazwanym tak i sprezentowanym mi przez A. oraz ze Smokiem Kredensem.

  • olborska

    A jak było dalej? 🙂

    • Lepiej. Tylko sąsiad dalej koncertował, a ja nadal miałam problemy ze wstawaniem. Łóżko mam za wygodne, ot co 🙂

  • Ja mogłabym być freelancerem. Gdyby tak tylko ktoś chciał mi zlecać coś takiego :O

  • Do tej pory pracowałam jako freelancerka (a jutro zaczynam na etacie, zobaczę czy dam radę dowlec się do biura!) i baaardzo sobie chwaliłam 🙂 Trochę mi szkoda utraconej niezależności, ale z drugiej strony… Zobaczymy i przetestujemy 🙂 To prawda, czasem wizja&wyobrażenia vs rzeczywistość wypada trochę inaczej, no ale 😉

    • Olga, w drugą stronę rzeczywiście może być jeszcze ciekawiej. Daj znać koniecznie, jak tam pierwsze dni!

      Ja mam jednak jeszcze cały czas taką utopijną wizję pracy freelancera. Postrzegam to jako mój cel, coś co sprawi, że moje życie będzie o wiele lepsze. A tu proszę, może jednak warto siedzieć na ciepłym etacie? Hmm.

      • Nie wiem, póki co jestem trochę przejęta faktem, że będę musiała wyrobić godziny, że nie będę mogła pójść do dentysty o 12 czy na spacer o 10 🙂 ale zobaczymy, ja póki co nie jestem przekonana, chcę dowodów 🙂

  • Niektórzy twierdzą, że aby się zmotywować do pracy w domu, muszą przywdziać służbowe ubranie 😀 Z kolei mi najlepiej pracuje się w piżamie. Do tego brzoskwiniowa herbata i rozchodzący się po pomieszczeniu zapach francuskiej wanilii świeczki Heart&Home wynoszą moje komórki na wyżyny kreatywności.

  • Pingback: To i owo: lista na kwiecień -()