#spokojnietonierecenzja: Siedem razy ci się uda, a za ósmym…

Wiecie, jak to jest kiedy macie mieszane uczucia odnośnie Wielkiego Dzieła Wielkiego Artysty? Czegoś, co ogólnie pojętej większości naprawdę się podoba, i potrafią nawet zgrabnie przedstawić argumenty za. A Wy potraficie tylko wzruszyć ramionami i powiedzieć: No nie wiem…

Takie właśnie były moje odczucia po obejrzeniu ósmego z kolei dziecka Quentina Tarantino. Było tym gorzej, że Quentin ma w moim sercu specjalne miejsce, i wiadomość o każdym jego nowym filmie przyjmuję z ogromnym entuzjazmem. Takim wartym lepszej sprawy.  Wiąże się to także z tym, że nie potrafiłam przejść obok tego filmu obojętnie. Obejrzeć, wzruszyć ramionami  i zostawić.

Nie zostawiłam więc. Zamiast tego usiadłam i zadumałam się srodze.

a1
Źródło

Miłość i nienawiść do Nienawistnej Ósemki

Definitywnie mam z tym filmem typowy love-hate relationship. Bo przecież doskonale wiem, co mi się w Nienawistnej Ósemce podobało…

  1. Muzyka Ennio Morricone. Bo jeśli ktoś tu stanął na wysokości zadania, to on na pewno. Muzyka przeszywa na wskroś, przenosząc nas w mig do świata trochę-innego-ale-jednak-wciąż westernu.[youtube https://www.youtube.com/watch?v=HhsXy-f2Q0U&w=854&h=480]Ale! To już jednak nie są te dźwięki, które tkwią w Tobie jeszcze długo po wyjściu z kina. Dla mnie to niestety nie ścieżka dźwiękowa, którą pragnę znaleźć na YouTubie albo Spotify jak tylko dopadnę komputera. Innymi słowy, to nie Pulp Fiction ani Django.
  1. Obrazy. Szerokokątne, pełne głębi, zapierające dech w piersiach i porażające bielą. Zimno się człowiekowi robi od samego patrzenia. Nie potrzeba efektu 3D, żeby poczuć przenikający wszelkie warstwy odzienia chłodny wiatr, muskający lędźwie.

    Ale! W tym widzę kolejny problem – scenografia prawie w ogóle się nie zmienia. Kiedy bohaterowie nie wędrują po zaśnieżonej równinie, siedzą w gospodzie. Z gospody wychodzą tylko w taką samą (bo idealnie białą) scenerię. I tak, ja wiem, że to miał być film udający trochę horror i budujący napięcie za pomocą scenerii. Albo może Tarantino czerpał trochę z Agathy Christie? W końcu zaśnieżone, odludne miejsca, z którego nijak nie da się wydostać, a które sprawia, że ludzie odkrywają swoje najgłębsze tajemnice, są bardzo w jej stylu. Zgoda, to bardzo klimatyczne. Ale u Quentina liczyłam raczej na wartką akcję. Zamiast tego, było…

    hateful-590x308
    Enter a caption

    Źródło

 

  1. …stopniowanie napięcia. Odpowiednia dawka tegoż, plus idealnie dopasowana muzyka jest jak najbardziej na miejscu. Wyobraźcie sobie jednak film, w którym przez półtorej godziny macie pewność że już-już coś się zdarzy. Poleje się krew (konieczna u Tarantino!), ktoś kogoś zdradzi/zepchnie/popchnie/dźgnie/ugryzie!

Ale! Nic takiego nie ma miejsca. To znaczy, w końcu ma. I kiedy już się zacznie, nie ma temu końca. Jest widowiskowo, mrocznie, obrzydliwie i…jest bardzo Tarantino. Ale zanim to nastąpi, przed nami nic tylko 1,5 godziny…

  1. …dialogów. Dialogi u Tarantino są moim ulubionym składnikiem tego perfekcyjnie przygotowanego dania, jakim jest każdy jego film.

Ale! Oprócz Nienawistnej Ósemki. Bo tutaj, choć dialogi są naprawdę dobre i mają w sobie wszystkie te językowe smaczki, a do tego całą gamę wspaniałych akcentów, które tak kocham, to nie są…lotne. Dłużą się, nudzą, sprawiają, że w połowie totalnie gubimy wątek. I znowu, odnajdujemy się dopiero w połowie filmu, kiedy wreszcie zaczyna się „coś” dziać i zaczyna się opowieść dużo bardziej barwna niż „osiem przypadkowych, bardzo rozgniewanych ludzi spotyka się w opuszczonej gospodzie”.  Dopiero gdzieś tam w drugiej połowie mamy ten upragniony…

 

  1. ….plot twist! Wtedy to, wszyscy miłośnicy Tarantino aż wstają z foteli i wymyka im się ciche, syczące „jesssssst!”. Bo plot twist jest…

Ale! Raczej słaby i rozczarowująco przewidywalny. Nie pokuszę się tutaj o jakiekolwiek spoilery, powiem tylko, że spodziewałam się czegoś dużo bardziej zagmatwanego, zaskakującego i przez to stanowiącego wyzwanie intelektualne.  Nie tym razem, jednak.

Rozumiecie już teraz, i przyznam, że ja także bardziej to teraz rozumiem, dlaczego moja pierwsza reakcja była zupełnie nijaka. To wszystko, czego oczekiwałam, było tam, ale jakby czaiło się, czyhało za rogiem i wystawiało przysłowiowe rogi. I nic więcej. Ani szpona, ani nosa, ani nawet stopy.

Widzę tylko jedno rozwiązanie: może Nienawistną Ósemkę muszę zwyczajnie obejrzeć jeszcze raz?

A Wy, lubicie kino Tarantino? Widzieliście Nienawistną Ósemkę? Jak wrażenia?