Pamiętnik Ginger Jones: Aliexpress i magia rabatów

aliexpress

Ginger ogarnia finansealiexpress

Każdego pierwszego dnia miesiąca, uśmiecham się do cyferek na swoim koncie. Nie jest źle, myślę sobie, klepiąc się metaforycznie po ramieniu. Zaraz potem, grzecznie płacę rachunki, bo przecież taka jestem ogarnięta. Taka dorosła. No i mam priorytety. I tylko mina rzednie mi wprost proporcjonalnie to znikających zasobów wirtualnego portfela. Czasami dzielę to zadanie na dwa dni, żeby jednego dnia „nie wydać za dużo”. Tak, takie psychologiczne triki na mnie działają. Niestety, działają również triki serwowane mi przez… majfriendów z Aliexpress.

Ginger odkrywa Aliexpress

Widzicie, ze mną i z Aliexpress historia jest w ogóle nietypowa, a to dlatego, że platformę pokazał mi…mój nowy facet. Tak, dobrze słyszycie. Nie zafiksowna na tanie lampy UV i lakiery do paznokci hybrydowych koleżanka. Nawet nie mama – miłośniczka modnych i tanich ciuchów, mistrzynialiexpress szyku i stylu. Nie przyjaciółka-gadżeciara. Nie, ze wszystkich ludzi na świecie, fenomen Aliexpress odkrył przede mną mój facet. G. jest bowiem kimś na kształt domorosłego rekina finansjery (czyli umie w cyferki) i pogromcą promocji. I pomyśleć, że do tej pory myślałam, że Rabat to tylko stolica Maroka.

Wcześniej bałabym się nawet rejestrować na stronie chińskiego odpowiednika Allegro, nie mówiąc już o wprowadzaniu w czeluście internetu numeru swojej karty kredytowej. Więcej, wzbraniałam się przed tym, znajdując co raz to nowe argumenty przeciwko takim zakupom. Upierałam się, że: wolę na miejscu, żeby sobie towar odpowiednio pomacać, wolę lokalnie, żeby wspierać polskich przedsiębiorców, wolę moje instant gratification od czekania na zakup nierzadko ponad miesiąc.  G. tylko kiwał głową i sypał kontrargumentami jak z rękawa. Towar niezgodny z aukcją można przecież zwrócić (po uprzednim pomacaniu), polscy przedsiębiorcy często handlują tym samym chińskim towarem, a długość czasu oczekiwania rekompensuje niższa cena.

Byłam nieugięta. Aż do momentu, w którym nadszedł koniec października.

Ginger i szaleństwo Aliexpress-owego 11.11.

Gry i zabawy

A z końcem miesiąca, aplikacja Aliexpress eksplodowała wręcz kolorami. Kupony zniżkowe przeznaczone dla nowych użytkowników niemal nie mieściły mi się w przeznaczonej na nie zakładce. Mimo to, nadal starałam się zdobyć te nowe, lepsze, bardziej opłacalne. Co tu dużo mówić, wsiąkłam.

Brałam udział w konkursach i zabawach proponowanych mi przez aplikację – karcianka pozwoli mi zdobyć więcej wewnątrzapkowej waluty. Polubienie randomowego sklepu, albo dodanie do koszyka przypadkowego artykułu to też kolejne monetki na koncie. A z nimi wystarczy już tylko chwila, dobry refleks i odrobina szczęścia, by zdobyć ten upragniony, największy, zniżkowy kupon. Klikałam codziennie, aplikacja Aliexpress byla pierwszym, co włączałam, niemal bezwiednie, prawie, że zaraz po tym, jak otworzyłam oczy. Nawet sobie nie wyobrażacie, jakież było moje szczęście, kiedy w końcu (w środku nocy, podczas podróży autobusem) udało mi się wreszcie wyklikać obiecujący Aliexpressowy kupon! Kiedy natomiast nie było czego klikać, przeglądałam oczywiście proponowane mi produkty, tworząc listy życzeń i coraz odważniej dorzucając wymarzone gadżety i zupełnie niepotrzebne pierdoły do koszyka.

aliexpress

Promocje, rabaty, obniżki…

W tym wszystkim kibicował mi rzecz jasna G, który jako ekspert od wszystkiego co związane z zakupami i oszczędzaniem, bez skrupułów dorzucił mi do koszyka kolejną (trzecią już z kolei) podróbkę znanej marki palety cieni do oczu.”Bo 3 wyjdą w ogólnym rozrachunku taniej niż 2.” No czy z czymś takim w ogóle można się kłócić?

Wszystko to, całe to kuponowo-konkursowo-minigrowe szaleństwo, prowadziło nas nieuchronnie do przypadającego 11 listopada prawdziwego święta zakupów (i zakupoholików?). To 11.11 oferty miały być najlepsze, ceny jeszcze niższe, a wygrane za walutę wewnątrz aplikacji kupony dopiero teraz tak naprawdę warte swojej wirtualnej ceny.

Zakupy zgoła kompulsywne

Walczyliśmy zatem. G liczył dzielnie, składał do kupy mniejsze zamówienia i skrupulatnie wykorzystywał zdobyte przez 2aliexpress tygodnie nierównej walki z systemem oraz inną strefą czasową, kupony. Kalkulował, zmieniał i drapał się po głowie. Co jakiś czas pokazywał mi tylko kolejny genialny gadżet, który oczywiście oboje chcieliśmy mieć. Niezliczoną ilość razy powtórzyliśmy pewnie nieśmiertelną frazę: „za niecałego dolara”?

Wreszcie G. uśmiechnął się triumfalnie i otarł pot z czoła, niczym wysokiej klasy chirurg po zakończeniu skomplikowanej operacji. „Uff, zrobione.” oznajmił, wymownie otrzepując ręce. „Zaoszczędziliśmy jakieś 35%, Słońce.”

Nie mogłam nie być z nas dumna.

Następstwa jednej nocy z Aliexpress

Dopiero następnego dnia, na trzeźwo, choć nadal podekscytowana perspektywą posiadania trzech palet do makijażu oczu, całego zestawu pędzli i jeszcze kilku „niezbędnych” gadżetów, przyjrzałam się następstwom tej akcji. Tej jednej, szalonej nocy z Aliexpress. Powiem tylko, że nigdy wcześniej nie widziałam na moim koncie tylu transakcji dokonanych jedna po drugiej. Czerwone minusy paliły w oczy i przypominały o słodkiej chwili zapomnienia.

Cóż rzec? Jestem uboższa o te parę stów, ale bogatsza o doświadczenia.

 

*Pamiętnik Ginger Jones to seria humorystycznych opowieści, które pisze samo życie. Do czytania zaleca się podejść z dużą dozą dystansu do świata.

  • Trzy palety? Będę sobie teraz wmawiać, że jedna jest dla mnie w ramach prezentu świątecznego!

    • Haha, taki był plan, jeśli dotrą do Świąt xD

  • Świetne! <3

    • Dzięki! Mój portfel czuje się lepiej, wiedząc, że ta historia przynajmniej kogoś rozbawiła 🙂

  • Zuza

    Ha! Ja się jeszcze bronię dziobem i pazurami ale mój wewnętrzny opór systematycznie mięknie 😉 Palety do makijażu powiadasz? 😉