Wpisownik adwentowy #4: Pamiętnik Ginger Jones: Wino, anyone?

wino

Nowy facet nowe stresy

No więc mam nowego faceta. Chociaż właściwie nie jest już tak całkiem nowy. Ale starym też bym go raczej nie nazwała. No, dobrze, więc jest na tyle nowy, że ciągle jeszcze trochę się stresuję. A co jest najbardziej stresujące w posiadaniu nowego faceta? Jego znajomi.

Poznawanie znajomych faceta jest definitywnie bardziej stresujące niż poznawanie jego samego. Wiesz, kiedy się poznajecie on jest jeszcze zauroczony, szaleńczo zakochany i zapatrzony w Ciebie jak w obrazek. Zasadniczo podoba mu się wszystko co robisz i mówisz. Ty sama martwisz się i uważasz, żeby czegoś nie palnąć, oczywiście. Ale nawet gdyby Ci się zdarzyło, możesz być pewna, że wpadka zostanie raczej zbyta śmiechem niż zapamiętana do końca życia, jako Twoja największa wada. Co innego znajomi faceta. Ci mogą Cię po prostu nie lubić. Na szczęście znalazłam ostatnio coś, co na stres związany z poznawaniem znajomych mojego faceta działa doskonale. Wino.

Spodziewana niespodzianka

Zwłaszcza takie, którego otrzymania w ogóle się nie spodziewasz. Ok, rzeczywiście wypełniłam ostatnio ankietę przeznaczoną dla ambasadorek marki wina owocowego, ale w najśmielszych snach nie śniło mi się, że nią zostanę. A e-mail z informacją od Monte Santi utknął w spamie (mówiłam już, że jestem Najgorszą Toruńską Blogerką?). Kiedy więc kurier przyniósł do domu tajemniczą i zaskakująco sporych rozmiarów paczkę, byłam szczerze zdziwiona. Z degustacją musiałam jednak poczekać. Picie wina sam na sam ze sobą nie wygląda dobrze, a już z pewnością nie wróży dobrze na przyszłość.

pudelko

Wypij mnie

Sobota była dniem wyjątkowo rozlazłym, bo po 10 godzinach w autobusie i późniejszym niż zwykle powrocie do domu, nie miałam ochoty na nic innego, jak wylegiwanie się do późna w łóżku. Wino łypało do mnie zatem ze stojącego na honorowym miejscu kartonu i prawie słyszałam jak cienkim głosikiem, pobrzękując delikatnie woła do mnie niczym do Alicji w Krainie Czarów: wypij mnie! Łypało tak samo, kiedy wreszcie zwlokłam się z kanapy i potem, kiedy wróciłam spod prysznica. Pobrzękiwało dalej, próbując za wszelką cenę zwrócić na siebie moją uwagę, kiedy robiłam makijaż.

Pewnie opierałabym mu się jeszcze długo, obiecując, że czeka na lepszą okazję. W końcu miałam w planach wypad na szybkie okołoświąteczne zakupy! Niespodziewanie jednak, okazja nadarzyła się jeszcze tego samego wieczoru. Wróciłam właśnie, zmarźnięta i z nosem tak czerwonym, że mogłabym z powodzeniem prowadzić za sobą zaprzęg Świętego Mikołaja, z targów rękodzielniczych. Już otwierałam usta, żeby zacząć opowiadać G. o wszystkich tych cudownych rzeczach, które chciałabym mieć, ale nie mogę, bo jestem dorosłą kobietą, kierującą się w życiu zdrowym rozsądkiem i nie mogę wydać całej wypłaty na prezenty (czy wspominałam, że na tym etapie, G. jakoś jeszcze w to wierzy? I nadal słucha moich przydługich wywodów, które przynoszę ze sobą z każdego weekendowego wypadu gdziekolwiek.) No więc, już miałam mu opowiadać o ozdobach choinkowych, notesach we wszystkich możliwych rozmiarach i torbach z mocnego ekologicznego papieru, ale on mi przerwał.

– Zaprosiłem Patrycję – oznajmił mi zadowolony. – Wyglądałaś jakbyś bardzo chciała wypić to wino, więc pomyślałem, że poznam cię z kimś, kto też może mieć na nie ochotę.

Zatrzymałam się w pół ruchu, gdzieś w połowie zdejmowania buta z lewej nogi. Goście. Teraz, zaraz? Przecież my jesteśmy zupełnie niegotowi.

Ch****a Pani Domu

To był maraton. Rozebrałam się, rzucając płaszcz byle jak na fotel, tylko po to, by zdać sobie sprawę, że nie na tym polega szybkie ogarnięcie mieszkania. Powieszony na wieszaku wyglądał o wiele lepiej, a ja poczułam się nagle taka…zorganizowana. Pobiłam swój rekord życiowy w ścieleniu łóżka, a piętrzące się na fotelu ubrania, z których w pośpiechu wybierałam cokolwiek nadającego się do ubrania przed wyjściem na targi, wepchnęłam do szafy. Reszta, która nie nadawała się do wciśnięcia tam, wylądowała w mojej torbie podróżnej, którą z kolei wepchnęłam pod fotel. Dopadłam właśnie kuchni w poszukiwaniu kieliszków do wina, kiedy zadzwonił domofon.

That was fast. Odetchnęłam głęboko, obciągając na sobie lekko wygniecioną już bluzkę. Wszystko będzie dobrze, powtarzałam sobie, czując jednocześnie jak pocę się ze stresu, chociaż w mieszkaniu wcale nie było szczególnie gorąco.

Wino rozwiązuje języki

Nie skłamię, jeśli powiem, że sympatię do Patrycji poczułam właściwie od razu. Wystarczyło, że dziewczyna zdjęła kurtkę, ukazując pod nią bluzę z logo Marvela. Uśmiechnęłam się do siebie, ale zaraz przypomniałam też sobie, że to nie do końca tak działa. Że to nie ja powinnam polubić ją, ale ona mnie. To znaczy, oczywiście, dobrze byłoby, gdybyśmy nawzajem zapałały do siebie sympatią. Ale to ja tu będę oceniana, to ja będę zbierać punkty, a ona będzie je rozdawać.

wino Pierwsze dziesięć minut było trudne chyba dla nas obu. Herbata, kawa i wszystko, co mogliśmy zaproponować jako przekąskę, uzyskało odpowiedź negatywną. I…na tym skończyły nam się tematy. Albo skończyłyby się, gdyby nie G., który wspaniałomyślnie zaproponował:

-Wino?

Początkowo niepewna, Patrycja w końcu uległa, a ja spróbowałam wykorzystać tę szansę, by wyrwać się na chwilę do salonu w poszukiwaniu tych nieszczęsnych kieliszków.

-Pójdę z tobą – usłyszałam zamiast tego.

I to było dokładnie to, czego było nam trzeba.

Od domywania kieliszków z zebranego przez miesiące nieużytkowania kurzu, przeszłyśmy do zgadywania nut smakowych w kolejnych butelkach Monte Santi. Patrycja przejęła też właściwie pieczę nad ustawionym naprędce „studiem fotograficznym” i pstrykała zdjęcia, jednocześnie żartując z jego niedociągnięć i opowiadając anegdoty.

Ani się obejrzałam, a już leżałyśmy rozłożone na kanapie, szukając się nawzajem w social mediach i dyskutując o wyższości komiksowego Kapitana Ameryki nad tym filmowym. Był też czas nadrabiania zaległości w filmikach na Youtube i obietnice wyjścia na kawę.

Czas mijał i wszystko to było tak naturalne, że pewnie ten tekst wcale by nie powstał. Gdyby nie fakt, że G. wreszcie zdołał wtrącić swoje trzy grosze.

-To może ja was zostawię same? Was i wino.