To i owo: lista na kwiecień

kwiecień

Wróciłam

Kwiecień kwiecień i po kwietniu. Był, a jakby go nie było. A ja? Ja wróciłam. Do blogowania i do domu. Do pisania i do Torunia. Wróciłam i już tu zostanę. Dzięki zmianom, którym wreszcie pozwoliłam zaistnieć w moim życiu, wróciłam i nigdzie się stąd nie ruszam. Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego tym razem to nie są tylko obiecanki cacanki z mojej strony, poczytajcie moją listę rzeczy wartych zapamiętania w kwietniu. Obiecuję, że wszystko stanie się jasne wraz z tym i kolejnymi nadchodzącymi wpisami!

Uczucie na kwiecień: Mieszanka wybuchowa

Zazwyczaj, kiedy wracam myślami do konkretnego miesiąca w roku, kojarzę go z jakimś uczuciem. Lipiec to uczucie błogości i powiew lekkiego wiaterku na rozgrzanej słońcem skórze, wrzesień to cieplejsza kurtka otulająca moje nienawykłe do zimna ciało, spacery nad Wisłą i głębokie rozmowy o życiu. Inaczej było tym razem, od początku roku, niezależnie od miesiąca towarzyszył mi po prostu cały mix sprzecznych uczuć. Miał on bezpośredni związek ze zmianami, o których wspomniałam wyżej, a o których usłyszycie pewnie jeszcze nie raz.

Na początku roku zapadła we mnie decyzja o odejściu z mojego dotychczasowego miejsca pracy. Odważna, ale też przerażająca decyzja. Od stycznia towarzyszyły mi zatem szczęście i smutek, ekscytacja, strach i stres. Mieszanka wybuchowa, która osiągnęła apogeum w ubiegłym miesiącu, pozbawiając mnie spokoju i snu na prawie cały kwiecień.

Cieszyłam się, że wreszcie na stałe wrócę do domu, do rodziny i przyjaciół, do znajomych kątów, na których odwiedzenie nigdy nie starczało czasu. Powrót do domu oznaczał jednak przede wszystkim, że kończy się pewien etap w moim życiu. Ta przygoda, życie na kontrakcie (które przecież było pretekstem do założenia bloga!) dobiegła końca. Trzeba było pożegnać góry oraz
przyjaciół i znajomych z pracy, otrzeć łzy i… no właśnie.

Tutaj wkradają się w moje życie strach i stres, o których istnieniu niemal zapomniałam przez trzy lata pracy na tym samym stanowisku (człowiek się przyzwyczaja, a to daje poczucie bezpieczeństwa). Wiedziałam, że jest tylko jedna rzecz, którą mogę zrobić, że jest tylko jedna „ścieżka kariery”, którą mogę wybrać – własna działalność.  Sama myśl o byciu samej sobie sterem, żeglarzem i okrętem jest z pewnością ekscytująca. Cieszyło mnie wybieranie nazwy, nawet sam proces tworzenia i podpisywania dokumentów. Niemal piszczałam z radości na myśl o koniecznym przecież zakupie artykułów papierniczych. Nie zapomniałam jednak ani na chwilę, że posiadanie własnej firmy to przede wszystkim ogromna odpowiedzialność, zabójcza ilość obowiązków i rzeczy, o których należy pamiętać. Dobrze wiedziałam, że własna firma oznacza, że tak naprawdę z miesiąca na miesiąc nie jest się pewnym niczego. Opanowanie tego strachu przed nieznanym i niepewności, czy wszystko pójdzie po mojej myśli zajęło mi większą część miesiąca.

kwiecień

Przeszłam jednak przez to wszystko i teraz jestem chyba po prostu szczęśliwa. Ale ponieważ to dopiero początek mojej drogi, postanowiłam podzielić się z Wami informacjami, anegdotkami i wydarzeniami z życia freelancera. Dlatego szykujcie się na zatrzęsienie tego rodzaju tekstów, mam nadzieję zgoła innych od tych, które już można znaleźć w blogosferze.

Wydarzenie na kwiecień: Piątek wieczór

Tak, dobrze czytacie. Jednym z najważniejszych wydarzeń minionego miesiąca był dla mnie piątek wieczór. Zwykły, choć niezwyczajny piątek wieczór. Dlaczego? Przez ostatnie dwa i pół roku, piątek wieczór jawił mi się jako jakiś mistyczny twór, nieosiągalny prawie tak samo jak równowaga w życiu (i mający z nią przecież wiele wspólnego). Dlaczego? Jeśli pracujesz na etacie w regularnym korpo, piątek, piąteczek, piątunio znaczy dla Ciebie więcej niż po prostu koniec tygodnia. To ten dzień, kiedy możesz pozwolić sobie na „życie”, które nie zamyka się tylko i wyłącznie w ramach błędnego koła praca-siłownia-dom-sen-praca. To ten dzień, kiedy wychodzisz do ludzi. Na kolację do restauracji, na drinka do ulubionego pubu, na koncert klubu. Albo ten dzień, kiedy zaszywasz się w domu po pracy z książką i lampką wina i kubkiem herbaty. Przesadzam? Z pewnością. Na pewno jednak jest to ten dzień, po którym następuje sobota, a to oznacza, że nie trzeba iść do pracy. Piątek wieczór jest zatem tym wieczorem, kiedy możesz zrobić ze swoim wolnym czasem co tylko zechcesz.

No więc, moi drodzy, od dwóch i pół roku, od momentu kiedy wyjechałam na swój pierwszy kontrakt, nie miałam czegoś takiego jak piątek wieczór. Z własnego wyboru, przyznaję. A wszystko dlatego, że dla mnie piątek wieczór oznaczał wyjazd do domu, czyli od 6 do 8 godzin spędzonych w pociągu bądź autobusie. W Toruniu lądowałam zazwyczaj w sobotę nad ranem, a to również nie wpływało dobrze na to, co w taką sobotę byłam w stanie zrobić (całonocna impreza z soboty na niedzielę odpadała z więcej niż jednego powodu).

Kiedy więc wróciłam do domu i odzyskałam dostęp do tego magicznego, niedostępnego dla mnie od dłuższego czasu, piątku wieczór, pierwszym co zrobiłam było…wyjście z domu. Żeby celebrować powrót nie tylko do Torunia ale także do normalnego trybu życia, zwyczajnie umówiłam się z dziewczynami na babskie wyjście na kolację i wino. I po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu odetchnęłam pełną piersią.

Jeśli zatem po przeczytaniu tego fragmentu mojego – jakże skupionego dziś na osobistych przeżyciach – tekstu, doszliście do wniosku, że zaniedbaliście się ostatnio i niechcący wpadliście w sidła nudy i przewidywalności, to polecam – dogódźcie sobie raz na jakiś czas!

wino

Książka na kwiecień: Magia olewania

Nie macie czasu, żeby o siebie zadbać? Żeby tak po prostu, od czasu do czasu sobie dogodzić? Spełnić jakąś swoją zachciankę, a może zrealizować dawno odkładany na dalszy plan cel? Cóż, nie jestem ekspertem od zarządzania czasem, nie ustalę też za Was priorytetów. Ale powiem Wam, kto może pomóc Wam to zrobić. I to w zaskakująco bezbolesny i niewymuszenie zabawny sposób.

Magia olewania trafiła w moje ręce zupełnym przypadkiem. Czy ktoś z Was wie, jak oprzeć się promocjom w księgarniach? Ja jeszcze nie odkryłam, jak się przed nimi uchronić. Książka wyglądała niemal identycznie jak Magia sprzątania Marie Kondo, a tę akurat przeczytałam za jednym posiedzeniem i postanowiłam zmienić swoje życie z najbardziej zagraconego żywota jakie znam na czyste, schludne i minimalistyczne. Najlepiej zaraz.
Biorąc pod uwagę to, jakie wrażenie zrobił na mnie poradnik o tym, jak odgracić swoje życie, książka, która była na niej widocznie wzorowana mogła być albo bardzo dobra albo bardzo zła.  Zatem Magia olewania trafiła najpierw do mojego koszyka, a zaraz potem na półkę z umowną etykietką „poradnika, który kiedyś przeczytam”. I pewnie tak by leżała, do momentu aż znowu nie poczułabym potrzeby stania się lepszym człowiekiem i przeczytania kolejnej mądrej książki, gdyby nie wpadła do mnie pewnego dnia Czarny Kotu.
kwiecień

Skończyło się to tym, że siedziałyśmy przez około godzinę i czytałyśmy Magię olewania na wyrywki. I wiecie co? Jeśli nauczyłam się czegoś od autorki – Sarah Knight- to tego, że nie należy się olewania bać i że robione dobrze, z rozmysłem i sensem, olewanie jest jak najbardziej wskazane. Bo olewanie, moi drodzy, to tak naprawdę priorytetyzowanie siebie. Czy Sarah Knight odkryła Amerykę? Jasne, że nie. Ale udało jej się otworzyć mi oczy na wiele spraw. A więc jeszcze raz – olewajcie, priorytetyzujcie i dogadzajcie sobie. W odpowiednich proporcjach.

Smak na kwiecień: Herbata z miodem i cytryną

No a jeśli o dogadzanie sobie chodzi, to na liście „rzeczy do zrobienia” w kwietniu nie mogło u mnie zabraknąć herbaty z miodem i cytryną. Tak, wiem, to trochę zimowy napój, ale czy pogoda w kwietniu nie była jeszcze zimowa? W górach przez kilka dni utrzymał się nawet śnieg! Poza tym, kto powiedział, że takiej herbaty nie można wypić nawet latem? Czarna, mocna, słodka i cierpka jest dobra na wszystko! Na przeziębienie,  na gardło, na chandrę, na stres i na ten moment, kiedy pod wieczór naprawdę chce ci się czegoś słodkiego. Mniam!

kwiecień

Serial na kwiecień: House, M.D.

Jestem ogromną wielbicielką seriali, ale od początku roku zwyczajnie nie miałam czasu (ani ochoty) niczego oglądać. Wreszcie jednak, moje uzależnienie (jedno z tych zdrowszych) znowu mnie dopadło. Przy wyborze serialu – skądinąd starego przecież i takiego, który dawno stracił już swój blask – kierowałam się głównie tym, że oglądanie House’a można spokojnie połączyć z nauką medycznego słownictwa. Czy potrzebowałam wymówki? Wtedy, kiedy zaczynałam, w swoim mniemaniu, tak. Teraz już nie potrzebuję, sześć sezonów później liczą się dla mnie już tylko relacje pomiędzy bohaterami.

Bo na co będzie chory dany pacjent to już wiadomo: rak (najczęściej trzustki albo tarczycy), toczeń rumieniowaty (lupus), zepół guillaina-barrego, albo inne choróbsko kryjące się pod kilkoma nazwiskami jego odkrywców. Oto uroki procedurala. Kiedy zaczęłam oglądać House’a miałam odnośnie tego serialu mieszane odczucia. Bo przecież, w moim przekonaniu, miał to być serial o genialnym i trochę społecznym doktorze medycyny, który potrafi zdiagnozować i wyleczyć każdą chorobę. Zamiast tego dostałam serial, w którym zanim całej grupie specjalistów uda się prawidłowo zdiagnozować pacjenta, zabijają go minimum raz, a bliski śmierci jest co najmniej trzy razy. A na koniec, ten biedny wykończony pacjent i tak jest House’owi wdzięczny. Natomiast House ma to totalnie gdzieś. Ale za to nigdzie, absolutnie nigdzie, w żadnym innym serialu, który obejrzałam do tej pory, nie znajdziemy takiej przyjaźni jak ta pomiędzy Housem a Wilsonem. I to dla tego studium bromance’u oglądam ten serial absolutnie nałogowo.

grafika stąd
grafika stąd

 

Właściwie to wracam do oglądania, a Was zostawiam z listą na kwiecień oraz z obietnicą kolejnego tekstu już bardzo niedługo. Ginger Jones wróci z prawdziwą pompą, co Wy na to?